Poezja Biblii
Zygmunt Kubiak Piękność Biblii jest tą jej cechą, która najbardziej rzuca się w oczy niemal każdemu czytelnikowi. Piękność przedziwna, nieporównana. Ona to między innymi sprawia, że ciągle na nowo wraca się do Księgi. O tej piękności właśnie, o poetyckiej sile Biblii, chciałbym napisać parę uwag. Wybieram więc temat, który nie dotyczy najważniejszych problemów Księgi. Wiem, że o tych problemach nie można rozprawiać, jeśli się ma w ręku tylko pióro literata. Do Księgi, którą zgłębiały wieki i która jest najgłębszą podstawą naszego życia (choćbyśmy sobie tego nie uświadamiali), tylko zupełny głupiec może zbliżać się bez nieśmiałości, tak samo jak — według powiedzenia pewnego angielskiego generała — tylko głupiec odważa się wjechać na koniu do Jerozolimy. Będę więc poruszał się wśród opłotków świętego Miasta, będę krążył u podnóża Góry Syjońskiej.
Nie znaczy to jednak, że w moich uwagach ograniczę się do spraw wyłącznie literackich. Prawdę mówiąc — czysto literackich czy estetycznych rozważań będzie tu właściwie bardzo niewiele. Łatwo jest bowiem spostrzec — jeśli się czyta Księgę choć trochę uważnie — że jej wartości poetyckich nie sposób analizować tak, jak się analizuje piękność innych książek: Eneidy Wergilego czy wierszy Pawła Valéry. Rozpoczynamy wtedy zazwyczaj od analizy stylu. Le style c'est l'homme. Poprzez ocenę „środków poetyckich” zawartych w stylu docieramy do głębszych warstw dzieła. Taka jest zasada. Ale co mi ona pomoże wobec Księgi? Zapewne wszyscy zgodzą się na ogólne twierdzenie, że jej styl — niemal we wszystkich jej partiach — jest niezmiernie piękny; w naszym odczuciu wiąże się on z atmosferą całej Biblii, z tą szczególną atmosferą, za którą zaczyna się tęsknić, gdy choćby przez krótki czas nie czyta się Księgi. Ale co można więcej o nim powiedzieć oprócz tego, że działa na nas tak silnie?
Czasem myślę, że styl Biblii nie ma żadnego określonego charakteru. Często się go wcale nie zauważa przy czytaniu, chociaż bywa bardzo niezwykły. Nigdzie — nawet w Pieśni nad Pieśniami — nie mogę przyłapać autorów biblijnych na literackim łowieniu słów i metafor. Ich normalny sposób mówienia jest sprawozdawczy, dosłowny. Podają fakty. Starają się tylko o dokładny, jak najdokładniejszy opis rzeczy. Jeśli zaś używają niezwykłych wyrażeń i metafor (a czynią to często), czujemy, że powoduje nimi to samo pragnienie dokładności, ścisłości opisu: używają ich, bo muszą, bo takie właśnie metafory narzucone są im przez ich niezwykłe doświadczenia. Kiedy czytam w Apokalipsie, w opisie końca świata, że gwiazdy spadły z nieba na ziemię, jak gdy drzewo figowe wstrząśnięte wiatrem wielkim zrzuca niedojrzałe owoce swoje — nie myślę: „jaki wspaniały obraz poetycki!” Myślę tylko o tym, że spadają gwiazdy. I wiem, że tego rozchwiania się przestrzeni kosmicznych nie można było w żaden inny sposób opisać. Nic nie działa na naszą wyobraźnię tak silnie jak metafora bardzo niezwykła, a tak dokładnie przylegająca do opisywanego zjawiska, tak zupełnie pozbawiona chwiejnej dowolności, tak daleka od wszelkiej intencji ozdobnictwa, że od razu przyjmujemy ją jako konieczną, niczym innym niezastąpioną, nienaruszalną, i czujemy wyraźnie, że to nie styl jest niecodzienny, lecz niecodzienne było widzenie, które trzeba było opisać. Tak samo, kiedy w księdze Eklezjastyk jest powiedziane, że mądrość nakarmi nas chlebem żywota i zrozumienia, od razu wiemy, o co chodzi, od razu wiemy, jakie ma być to „zrozumienie”: zrozumienie rzeczy tak prawdziwych i potrzebnych jak chleb. Czy można było wyrazić tę myśl jeszcze prościej, niż to uczynił autor Eklezjastyka? Czy w ogóle można ją było wyrazić w jakikolwiek inny sposób?
Taki właśnie styl staje się w pewnym sensie niedostrzegalny i nie poddaje się analizie. Podobnie jest u największych pisarzy (pozabiblijnych) na szczycie ich sztuki. Podczas gdy w młodzieńczych dramatach Szekspira zauważamy styl i cieszymy się jego urokiem, to przy lekturze późnych tragedii, zwłaszcza Króla Lira, myślimy już tylko o burzy i nieszczęściu, o starym królu błąkającym się przez wrzosowisko. Autor Lira już nie jest literatem, szukającym artystycznych efektów; to co pisze, można nazwać nad-literaturą. Tak samo w świecie antycznym: podczas gdy Eneida jest genialnym dziełem literackim, Homer jest nad-literaturą (elementy czysto literackie, skonwencjonalizowane w formie „epickich ozdobników”, odgrywają w Iliadzie i Odysei rolę tylko uboczną). Nie czytałem ani jednej dobrej analizy stylu Homera, takiej analizy, która by chwyciła to, co jest naprawdę istotne. Wszelkie analizy są bezsilne wobec stylu, w którym metafory nie są artystycznymi ozdobami, ale tylko najzwięźlejszym i najdokładniejszym ze wszystkich możliwych sposobów wyrażenia tego, co trzeba było wyrazić. Taki jest też styl aforyzmów Heraklita (w przeciwieństwie do stylu Platona, który — jak mocno podejrzewam — nieraz nawet metafizykę poświęca dla literackiego efektu): „Łukiem napiętym jest życie, a celem jego strzały — śmierć”. Taki jest styl tekstów Lao-Tse; i styl wersetów Koranu: „Któż cię pouczy, czym będzie Dzień Sądu? Ów dzień, gdy ludzie rozproszą się jak motyle, a góry będą się miotać jako strzępy wełny…”. Czy zaopatrywanie tych straszliwych zdań (z Heraklita i z Koranu) w jakieś glossy estetyczne czy krytyczno-literackie nie miałoby w sobie pewnego posmaku śmieszności? Teksty tego rodzaju są ponad literaturą.
***
W Biblii jednak to piętno „nad-literackości”, suwerenności wobec normalnych kryteriów estetycznych, jest silniejsze niż w jakichkolwiek innych tekstach. Silniejsza jest bowiem przede wszystkim jej piękność. Obiektywnym sprawdzianem tej siły może być oddziaływanie Księgi na literaturę i sztukę ludzkości, wpływ tak głęboki i rozległy, że nie można dla niego znaleźć żadnej analogii w dziejach ludzkiej kultury. Gdyby nie Biblia, nie byłoby katedr gotyckich, nie byłoby największych dzieł literackich średniowiecznej i nowożytnej Europy, nie byłoby Szekspira. Nie tylko Szekspira. Nie byłoby również Koranu, którego atmosfera — a nie tylko tezy doktrynalne — w dużej mierze wywodzi się z atmosfery Biblii, z klimatu poezji biblijnej. Księga więc niesie w sobie poezję o sile nieporównywalnej z niczym; wiemy zresztą o tym dobrze. Ale ta poezja, zawarta w tekstach autorów biblijnych, jest właśnie najtrudniejsza do zdefiniowania. Ma ona bardzo wyraźną atmosferę, bardzo wyraźny „smak”, ale kiedy próbuję uświadomić sobie, na czym ten „smak” polega, staję zakłopotany.
Już wyżej zanotowałem to dziwne wrażenie: styl Księgi, będąc tak wspaniały i mocny, wydaje się jednocześnie jakby pozbawiony wszelkiego określonego charakteru. Może raczej należałoby powiedzieć tak: jego charakterystyczne cechy zewnętrzne wydają się nam nieistotne, ponieważ nie tłumaczą nam jego wspaniałości i siły. Można określić te cechy zewnętrzne, można „ustawić” Biblię na tle jej „kontekstu literackiego”, na tle starożytnego piśmiennictwa ludów wschodnich. W rytmie jej zdań i obrazów można ukazać tradycyjne elementy dawnej poetyki semickiej, na przykład tzw. „paralelizm członów”, występujący zarówno w Starym Testamencie jak i w Ewangelii i nadający wielu tekstom biblijnym szczególne rozkołysanie. Ale czy przez studiowanie tej „metody poetyckiej” zbliżymy się do źródła wspaniałości owych paralelnych wersetów? Czy wyjaśnimy potęgę słów: Gdy Ty im dasz, zbierać będą; gdy otworzysz rękę Twoją, wszystko się dobrem napełni. Ale gdy odwrócisz oblicze, zatrwożą się; jeśli zabierzesz ich ducha, omdleją i w proch się obrócą — albo słów: Pokolenie przemija, pokolenie nadchodzi; a ziemia na wieki trwa… Wszystkie rzeczy trudne; nie wypowie ich człowiek słowami. Nie nasyci się oko widzeniem, ani ucho słyszeniem się napełni…
Można też zestawiać teksty biblijne z literaturą egipską i babilońską. Można wskazywać na niewątpliwe pokrewieństwo — zarówno stylistyczne jak i treściowe — między aforyzmami Salomona a naukami Ptah-hotepa i Amen-em-Opeta. Ale jak wytłumaczyć ten fakt, że słowa tych egipskich mędrców czytamy jako teksty antykwaryczne (pod względem historycznym bardzo interesujące), a Przypowieści Salomona do dziś dnia dają przy lekturze rozkosz tak wielką, że w porównaniu z nimi aforyzmy wysławianego La Rochefoucaulda wydają się płaskie, nudne i schematyczne. Można porównywać psalmy Dawida z psalmami babilońskimi i wskazywać na podobną — w modlitwach obu narodów — monotonię wersetów, nawracających jakby bez końca do tego samego tematu, nieznużenie zaklinających boską Siłę — ale trudno wytłumaczyć, dlaczego tylko w psalmach biblijnych ta monotonia jest niby piętrzenie się fal, ciągle na nowo wydźwigających się w górę, wdzierających się na urwisty brzeg. Można wydobyć z piosenek harfiarzy egipskich odpowiedniki różnych elementów poetyckich Pieśni nad Pieśniami; można wskazywać na jej pokrewieństwo z konwencjonalną poezją miłosną i weselną starożytnego Wschodu. Ale nikt się nie łudzi, że w ten sposób wytłumaczy istotę Pieśni nad Pieśniami, przeniknie naturę tego dziwnego płomienia, którym ogarnięte są wszystkie obrazy biblijnego poematu.
To, że poezji biblijnej nie można „wytłumaczyć”, czasem odpycha od niej ludzi o mentalności specyficznie „literackiej”: ludzi, którzy właściwie wolą rozprawiać o literaturze niż ją przeżywać. Teoretycy abstrakcyjnych „sztuk poetyckich” — takich czy innych — i ci, co lubią rozkładać utwór na czynniki pierwsze, przeważnie nie poddają się urokowi Księgi, która — jak powiada Augustyn — „rośnie z maluczkimi”. Stronią od niej, ponieważ teksty biblijne nie dają sposobności do takich eksperymentów. Słuchając Księgi, trzeba często „kłaść rękę na usta swoje”, trzeba często mówić: „nie wiem”, trzeba przyznać się: „nie rozumiem, czym jest ta siła”. Można tylko opisywać tę piękność — próbować opisywać — tak jak opisuje się urok albo grozę krajobrazów: łąkę rozpostartą w słońcu albo burzę miotającą się wśród gór. Formalistyczna interpretacja Księgi wydaje mi się tak samo niemożliwa jak formalistyczna interpretacja piękności przyrody. Dla poetyckiej wspaniałości Biblii, wznoszącej się ponad wszystkie dzieła poezji nie znajduję innego wytłumaczenia oprócz tego, że jej autorzy musieli być w jakimś szczególnym kontakcie z głęboką rzeczywistością świata.
***
Lepiej więc chyba po prostu czytać Księgę i patrzeć na obrazy, jakie otwiera ona przed nami. Są wśród tych wizji biblijnych również takie opisy, w których Księga mówi jakby o samej sobie: jak gdyby sama definiowała naturę swojej piękności i siły. Ale nie mówi wtedy o poezji. Mówi o Mądrości. Można powiedzieć, że Mądrość, której imię pojawia się na tylu stronicach biblijnych, jest muzą Księgi, jest dla autorów Biblii tym, czym dla wielu innych poetów jest ideał Poezji, spiritus poetriae, jak to określa Goliard. Mądrość, czyli rzeczy ważne, które trzeba oznajmić. Trzeba to i to oznajmić, to i to opisać, nic więcej. Księga nie mówi: Écoutez la chanson bien douce, ale wzywa słowami Apokalipsy: Kto może pojąć, niech pojmuje. Zwraca uwagę czytelników tylko na treść swoich słów. Piękność wyłania się sama.
Odczytuję więc — z VIII rozdziału Przypowieści Salomona — opis owej Mądrości, która jest muzą Księgi:
Czyż mądrość nie woła, a roztropność nie wydaje głosu swego? Na szczytach, na górach wysokich, przy drodze, w pośrodku dróg stojąc, przy bramach miejskich i w samych drzwiach odzywa się, mówiąc: O ludzie, do was wołam, a głos mój ku synom człowieczym! Zrozumiejcież maluczcy przezorność, a głupcy, uważajcie! Słuchajcie, bo o wielkich rzeczach mówić będę; i otworzą się usta moje aby opowiadały, co jest prawe…
Moja jest rada i prawość, moja jest roztropność, moje jest męstwo. Przeze mnie królowie królują i prawodawcy stanowią sprawiedliwość. Przeze mnie książęta panują i władcy wydają słuszne wyroki. Ja miłuję tych, którzy mnie miłują, a którzy rano wstają do mnie, znajdą mnie. Przy mnie są bogactwa i sława, pyszne majętności i sprawiedliwość. Lepszy bowiem jest owoc mój niż złoto i kamienie drogie, a plony moje niż srebro wyborne…
Pan mię posiadł na początku dróg swoich, pierwej niźli co uczynił od początku. Od wieku ustanowiona jestem, od dawna, pierwej niźli się ziemia stała. Jeszcze nie było głębiny, a ja już poczęta byłam. Jeszcze źródła wód nie wytrysnęły, jeszcze góry swym ciężkim ogromem nie stanęły — przed wzgórzami jam się rodziła. Jeszcze był ziemi nie uczynił, ani rzek, ani zawiasów okręgu ziemi. Gdy gotował niebiosa, byłam przy tym…
Z Nim byłam wszystko urządzając, i rozkoszowałam się każdego dnia, igrając przed Nim w każdy czas, igrając na okręgu ziemi; a rozkoszą moją — być z synami człowieczymi. Teraz tedy, synowie, słuchajcie mnie! Błogosławieni, którzy strzegą dróg moich. Słuchajcie napomnienia i bądźcie mądrymi, a nie odrzucajcie go. Błogosławiony człowiek, który mnie słucha i który czuwa u wrót moich każdego dnia, który pilnuje podwojów drzwi moich. Kto mnie znajdzie, znajdzie żywot i wyczerpie zbawienie od Pana; ale kto przeciw mnie zgrzeszy, zrani duszę swoją. Wszyscy, którzy mnie nienawidzą, miłują śmierć.
To jest wielki tekst; pod niektórymi jego zdaniami rozwiera się otchłań. Trudno nie zauważyć, że dotyczy on spraw nieporównanie ważniejszych niż te, które są przedmiotem naszych obecnych rozważań. Ale tak jak cała Księga, tekst ten ma wiele warstw. Nie będę próbował interpretować jego głębi doktrynalnych; nie mam do tego ani podstaw, ani śmiałości. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na ton głosu, jakim przemawia Mądrość, a zwłaszcza na pewne cechy wizji, którą otwiera przed naszymi oczyma ten fragment Przypowieści.
Mądrość mówi twardo, a jednocześnie dziwnie łagodnie i cicho. Woła, a nieraz ton jej głosu jest taki, jakby szeptała do ucha. Z największą swobodą potrafi zawrzeć wieczność w jednym zdaniu, przemawia tak władczo, jakby rozcinała wątpliwości ciosem miecza, a ciągle nawraca do jakiegoś prostego tematu i tłumaczy cierpliwie. Jest to łagodność i skromność siły, która jest tak silna, że nigdy nie musi wspinać się na palce.
W tej chwili jednak ważniejsze jest dla mnie tło, na którym ukazuje się Mądrość. Szczytową wizją całego opisu jest ten fragment, w którym widzimy Mądrość jako Siłę przedwieczną, pochyloną nad wielkimi zrębami powstającej ziemi, nad światłami zapalających się gwiazd. A przedtem, na samym początku tekstu, ujrzeliśmy ją, jak woła i biega po wszystkich gościńcach ziemi, jak staje „w pośrodku dróg, przy bramach miejskich”, a nawet „w samych drzwiach”. Te dwa obrazy przeglądają się w sobie nawzajem. Mądrość nadgwiezdna ukazuje się nam jako wędrowniczka przemierzająca zwykłe drogi ziemskie — zarówno góry jak i doliny — i pochylająca się ku każdym drzwiom. A potem jest jeszcze jeden rys przedziwny: Mądrość, która zna wszystkie otchłanie, „igra na okręgu ziemi, igra w każdy czas”.
W tym opisie jest jakby synteza atmosfery biblijnej: taka właśnie jest cała Księga, jakże podobna do owej Mądrości, o której czytam w Przypowieściach. Nasycona poświatą z wysoka, pełna wiedzy o przepaściach — i pochylająca się ku każdym drzwiom, wędrująca po wszystkich gościńcach, igrająca na okręgu ziemi. Czuwająca nad losami całej ludzkości, nad dziejami narodów, nad myślą prawodawców, którzy wtedy, gdy jej słuchają, „stanowią sprawiedliwość”, a jednocześnie przemawiająca do wszystkich poszczególnych ludzi, którzy „wstają do niej rano”. W całym układzie, w całej treści Biblii widzimy tę szczególną cechę: powiązanie rzeczy ogromnych z rzeczami zwykłymi, pozornie drobnymi. Obok relacji o dziejach wielkich prawodawców, którzy zmienili historię ludzkości, mamy w Księdze opowieści o „prywatnych” (ale pełnych głębokiego znaczenia) perypetiach takich postaci, jak Moabitka Rut czy młody Tobiasz, który wędruje poszukując żony. I kto towarzyszy Tobiaszowi? Anioł i pies. Kiedy wracają do domu, pies biegnie pierwszy: Wtedy przybiegł naprzód pies, który był z nim w drodze, i jakby poseł przyszedłszy cieszył się, kręcąc ogonem swoim. I powstawszy ślepy ojciec (Tobiasza) zaczął potykając się biegnąć, a podając rękę słudze wybiegł naprzeciw syna swego; i objąwszy, pocałował go z żoną swoją, i poczęli oboje płakać z radości. Niebawem zaś Anioł będzie opowiadał o prawach Wiekuistego.
Księga ciągle zestawia różne plany istnienia, odsłania tajemnice i szczegóły, ukazuje gwiazdy, zwierzęta i trawy polne. Przeglądając zbiory aforyzmów biblijnych, takich jak Przypowieści albo Eklezjastyk, możemy wyraźnie zobaczyć, jak Mądrość wędruje po wszystkich gościńcach i jak „igra na okręgu ziemi”. Mówi o roztropności potrzebnej człowiekowi wobec gwiazd i wobec śmierci; o roztropności potrzebnej władcom; i o roztropności, która jest niezbędna każdemu do tego, aby uchronił się od biedy; nie tylko od biedy — nawet od zimna: o roztropności „niewiasty mężnej”, która nie będzie się bała dla domu swego zimna śnieżnego, bo wszyscy domownicy jej odziani są w podwójne szaty. Mądrość przegląda się w tysiącu zwierciadeł, jawi się nam z coraz to innej strony. Wierzymy teraz, że istotnie prędsza jest od wszystkich rzeczy, które się ruszają i dociera wszędzie. Kiedy słuchamy jej, kiedy patrzymy na obrazy, które otwiera przed nami, czujemy się tak, jak byśmy wędrowali przez góry, albo jak byśmy oglądali świat na przemian „z lotu ptaka” i leżąc na ziemi, w najbliższym sąsiedztwie drzew i kamieni.
***
Biblia jest pełna barw ziemi. I pełna ciężaru ziemi. Żadna inna poezja nie ukazuje tak wspaniale urody i dziwności widzialnego świata, jak czyni to poezja tej Księgi, w której jest blask Mądrości niedostępnej oczom. I żadna inna księga nie wyraża z taką siłą, z tak bolesną dokładnością, wszystkiego tego, co wiąże człowieka z ziemią i z innymi ludźmi. I wszystkiego, co jest brzemieniem i grozą życia, co jest trwogą człowieka wobec tajemnic. Posłuchajmy tylko przez chwilę.
Skarga chorego króla Ezechiasza (z księgi Izajasza). W połowie dni moich pójdę do bram otchłani; szukałem ostatka lat moich. Rzekłem: Nie ujrzę Pana Boga na ziemi żyjących; nie ujrzę więcej człowieka i mieszkańca pokoju. Wiek mój przeminął i zwinięty jest ode mnie jak namiot pasterski. Przecięte jest jak od tkacza życie moje; gdy jeszcze wiłem, przeciął mię. Od rana aż do wieczora dokończysz mnie! Miałem nadzieję aż do rana; jak lew, tak połamał wszystkie kości moje. Od rana aż do wieczora dokończysz mnie!
Lament Jeremiasza nad zburzonym miastem ojczystym: Jakże samotnie ono siedzi, to miasto pełne ludu! Stała się jakby wdową pani narodów, władczyni krain stała się hołdowną. Płacząc płakała w nocy, usta jej pełne łez; nie ma, kto by ją pocieszał ze wszystkich miłośników jej; wszyscy przyjaciele jej wzgardzili nią i stali się jej wrogami… Płaczą drogi Syjonu, bo nie ma, kto by szedł na święto uroczyste; wszystkie bramy jego zburzone, wzdychają jego kapłani, panny jego znękane, a sam gorzkością uciśniony…
Rytm czasu, zanotowany przez Eklezjastę: Wszystkie rzeczy mają swój czas i swym zamierzonym biegiem przemija wszystko pod słońcem. Czas narodzin i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas rozwalania i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas narzekania i czas tańczenia, czas rozrzucania kamieni i czas zbierania, czas uścisków i czas wstrzymania się od uścisków, czas nabywania i czas tracenia, czas chowania i czas odrzucania, czas darcia i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. — Cóż więcej ma człowiek z pracy swej?
Przeraźliwy rytm ziemskiego czasu, który buduje i niszczy, który obraca w popiół ciało człowieka i jego miasto ojczyste. Przeciwko temu rytmowi jednak wznosi się wołanie wierności. Zaklęcia Psalmisty: Jeślibym cię zapomniał Jeruzalem, niech zapomniana będzie prawica moja! Niechaj przyschnie język mój do podniebienia mego, jeślibym na cię nie pomniał, jeślibym nie położył Jeruzalem na początku wesela mego! — Nigdzie poza Biblią nie ma tak wielkich, tak żarliwych słów o wierności. Przypomnijmy jeszcze, co mówi Moabitka Rut do Noemi: Nie sprzeciwiaj mi się, abym cię musiała opuścić i odejść, bo gdziekolwiek się obrócisz, pójdę, a gdzie zamieszkasz, i ja razem mieszkać będę. Lud twój, lud mój; a Bóg twój, Bóg mój. Która ziemia ciebie umarłą przyjmie, na tej umrę i tamże miejsce pogrzebu otrzymam. — I co mówi Oblubieniec w Pieśni nad Pieśniami: Przyłóż mnie jako pieczęć do serca twego, jako pieczęć do ramienia twego; bo mocna jest jak śmierć miłość, twarda jak otchłań jest zazdrość; pochodnie jej — pochodnie ognia i płomieni. Wody mnogie nie mogły ugasić miłości i rzeki nie zatopią jej; choćby człowiek dał wszystką majętność domu swego za miłość, wzgardzi nią jak nicością. — W Pieśni nad Pieśniami wierność rozświetla się już wielkim blaskiem nadziei. A ponad to wszystko wznosi się w Księdze modlitwa — modlitwa człowieka czującego na swojej piersi wielkie brzemię świata. Tak woła Psalmista: Jako tęskni jeleń do źródeł wodnych, tak pragnie dusza moja do ciebie, Boże. Łaknęła dusza moja Boga mocnego, żywego: Kiedyż przyjdę, a okażę się przed obliczem Bożym? Były mi łzy moje chlebem we dnie i w nocy, gdy słyszę co dzień: Gdzież jest Bóg twój? Na tom wspomniał i wylałem na się duszę moją: że przyjdę na miejsce przybytku dziwnego, aż do domu Bożego, z głosem wesela i wyznania, jako śpiew biesiadnika. Czemużeś smutna, duszo moja? i czemu mię trwożysz? Miej nadzieję w Bogu, bo jeszcze będę mu wyznawał: zbawienie oblicza mego i Bóg mój.
***
Teksty, które przed chwilą cytowałem, to tylko kilka krótkich fragmentów Starego Testamentu. Nie będę cytował tekstów z Ewangelii. Jeżeli w ogóle można mówić o poezji Biblii, to nie ulega wątpliwości, że w przypowieściach ewangelicznych, w wersetach wypowiadanych przez Chrystusa poezja ta dochodzi do szczytu. Ale nie odważę się na to, aby mówić o nich cokolwiek w tych „literackich” rozważaniach, aby je komentować chociażby przez zestawienie fragmentów. Zresztą również w cytatach ze Starego Testamentu wybierałem raczej jego bardziej „świeckie” aspekty — nie teksty najważniejsze, nie takie, które formułują główne prawdy wiary, chociaż są to przeważnie teksty największej piękności. Krążyłem — jak to zapowiedziałem na wstępie — tylko u podnóża Góry Syjońskiej.
Chciałem jednak właśnie zwrócić uwagę na te aspekty Księgi, które są może mniej znane. Nazwałem je „świeckimi”. Ale czy podział na sprawy „religijne” i „świeckie” ma jakikolwiek sens? Biblia temu przeczy. Są w niej na pewno rzeczy rozmaitej wagi: partie ważniejsze i partie mniej ważne, ale przecież wszystkie one należą do świętej Księgi. Zarówno roztropne rady Przypowieści, perypetie Tobiasza i słowa tęsknoty za miastem ojczystym, jak wielkie problemy metafizyczne Księgi Hioba i wielkie prawdy sformułowane w Listach św. Pawła. Ta szczególna cecha Biblii, zestawiającej rzeczy tak różne, budziła nieraz zdumienie. Po co to wszystko w świętej Księdze? Dlaczego Księga, która została napisana „dla naszego pouczenia”, mówi o tylu rzeczach ubocznych? Tak pytali deiści XVII i XVIII wieku, tak pytają też ci, którzy uważają, że religia jest jakąś dziedziną specjalną, wydzieloną od reszty życia, albo że religia dotyczy wyłącznie problemów „spirytualistycznych”. W Biblii jednak jest jakieś zupełnie odmienne pojęcie religii: religii jako czegoś, w czym się żyje. Księga ukazuje nie tylko największe prawdy, ale daje atmosferę, kontekst życia. Może towarzyszyć człowiekowi nie tylko w jego „metafizycznych momentach”, ale jako lektura codzienna, rzucająca światło na wszystkie codzienne sprawy. Jakieś światło z wysoka.
Dlatego też Biblia wywarła tak wielki wpływ na cywilizację, na sztukę i literaturę. Sama będąc czymś znacznie więcej niż poezją, dała w świecie zachodnim początek zupełnie nowej literaturze, zupełnie nowej poezji. Zanim Księga przeniknęła do kultury europejskiej, ludzie cywilizacji grecko-rzymskiej mieli już wielką literaturę, odziedziczoną po minionych wiekach, która zdołała nawet przyswoić sobie wiele elementów wyobraźni poetyckiej sąsiednich ludów „barbarzyńskich” i była tak bogata i pełna, że na pozór niczego jej nie brakowało. Na to dziedzictwo klasyczne będą się powoływali przez wszystkie następne wieki poeci ery chrześcijańskiej — Dante, Szekspir, Mickiewicz. Ale ich twórczość (nawet wtedy, gdy starają się naśladować pisarzy greckich i łacińskich i gdy bardzo wiele im zawdzięczają) jest tak głęboko odmienna od wszystkiego, co istniało w świecie klasycznym, jak katedry gotyckie odmienne są od pogańskich świątyń. W wiekach, które oddzielają Dantego od Wergiliusza, wtargnęło do Europy coś, co dało literaturze zupełnie odmienny rytm, nie znaną przedtem temperaturę. Niektórzy humaniści Renesansu będą czynili wielkie wysiłki, aby wymazać to biblijne piętno i nawiązać bezpośrednio do literatury klasycznej — ponad wiekami Europy średniowiecznej. Jeszcze gorliwiej będą się o to starali niektórzy artyści neoklasycyzmu. Ale po wszystkich zachwytach Winckelmanna nad spokojnym, pogańskim pięknem, po wszystkich wierszach neoklasycznych i parnasistowskich przyjdzie Rimbaud, a potem twórcy „poezji nowoczesnej” XX wieku, która znowu ma znacznie więcej wspólnego z żarliwym rytmem Eklezjasty, z błyskawicową wizją Pieśni nad Pieśniami, niż ze statyczną poetyką horacjańską.
Ale ta siła, która przed wiekami przemieniła tak głęboko kulturę naszego kontynentu, nie przeniknęła do niej łatwo. Nie tylko nauka Biblii, ale również sama poezja biblijna była dla antycznych Europejczyków „twardą mową”. Sam Hieronim, którego imię splotło się potem z Księgą tak ściśle, przez długi czas przyznawał klasykom łacińskim wyższość nad Biblią. W jednym ze swoich listów opowiada nam, jak (we śnie) Anioł chłostał go rózgą ognistą za to, że wyżej cenił Cycerona niż Proroków. Dopiero później stał się natchnionym tłumaczem Biblii, twórcą Wulgaty. Podobnie Augustyn, kiedy pierwszy raz otworzył Księgę, uznał, że „nie może ona współzawodniczyć z dostojeństwem Cycerona”. Potem jednak, kiedy poddał się Biblii, stworzył sam prozę pełną takiej pasji, jakiej nie było w literaturze antycznej — nie tylko u Cycerona, ale nawet u Tacyta i Seneki. Poddał się silniejszej rzeczywistości — myślę, że tak trzeba to określić. Literatura chrześcijańska, wywodząca się z Biblii — w porównaniu z pogańskim piśmiennictwem antycznym — jest jednocześnie smutniejsza i bardziej żarliwa. Jest w niej więcej rzeczywistości, więcej ciężaru świata. A zarazem jest w niej jakiś nieustanny zryw ku górze, jakaś pasja walki i dążenia.
Można odczuć ten szczególny rytm wędrówki już we wczesnych utworach średniowiecznej poezji łacińskiej, która zresztą zaczęła się od parafrazowania Księgi. Chciałbym na zakończenie zacytować jeden z tych wierszy w przekładzie polskim, anonimowy utwór z XI wieku, który jest cały skąpany w poświacie Biblii, zarówno Starego jak i Nowego Testamentu. Jest on parafrazą jednego z motywów Pieśni nad Pieśniami, sławnego motywu poszukiwania Oblubieńca przez Oblubienicę, interpretowanego już w oparciu o Ewangelię: Oblubienica jest symbolem duszy ludzkiej, poszukującej Stwórcy w świecie pełnym mroku i pełnym nagłych rozbłysków, jakichś wołań z wysoka. Wiersz nie ma tytułu, można by go nazwać: „Nawiedzenie duszy”.
Kim jest ten, co do drzwi kołacze,
Nocny sen płoszy?
Woła mnie: „Najpiękniejsza z dziewcząt,
Siostro, żono, perło roziskrzona,
Powstań, otwórz, najmilejsza, otwórz!”
„Jam jest synem króla nad królami,
Jam ostatni i pierwszy.
Z nieba zszedłem na tę mroczną ziemię,
Aby dusze spętanych wyzwolić
Śmiercią moją i brzemieniem krzywd”.
Więc co tchu wynurzyłam się z łoża,
Do zasuwy pobiegłam,
Aby dom mój przed miłym rozewrzeć,
Aby dusza mogła się nasycić
Tym, którego tak bardzo pożąda.
Ale on już od drzwi moich odszedł,
Już nie było go tu.
Cóż więc mogłam uczynić, nieszczęsna?
Poszłam za nim, szukać go, bo przecież
On mnie kiedyś stworzył. Poszłam płacząc.
I znaleźli mnie stróżowie miasta;
I złupili mnie, wzięli
Szatę moją — i szatę mi dali,
Zaśpiewali nade mną pieśń nową,
Co mnie wiedzie teraz — w króla dom.