Opowieść życia [fragment]

Antoni Libera Oto nowa ikona ludzkiego losu w świecie. Życie jako światełko, lecz już nie jako promyk, który rozprasza ciemność (jak jest to w Hymnie o Słowie), a tylko jako źródło osobliwej poświaty, która tworzy wokoło iluzoryczną przestrzeń; która pozornie i mylnie rozświetla jakąś próżnię, łudząc widmem wymiarów.

Przypomniał mi się nagle Hymn kardynała Newmana Prowadź mnie, Drogie Światło. Ten zagadkowy duchowny — z początku anglikański teolog i duszpasterz, a potem wybitny kapłan Kościoła Katolickiego — napisał ów krótki wiersz… na statku, który płynął z Palermo do Marsylii i wskutek ciszy morskiej utknął na prawie tydzień w niebezpiecznej Cieśninie Świętego Bonifacego pomiędzy przylądkami Sardynii i Korsyki.

Trzydziestodwuletni Newman, dopiero co uleczony z bardzo ciężkiej choroby (prawdopodobnie z tyfusu), żył wtedy w przeświadczeniu, że Bóg, uzdrowiwszy go, oczekuje od niego spełnienia pewnej misji w Kościele Anglikańskim, a więc że nie pozwoli zginąć mu marnie na morzu i wybawi z opresji. Inspirację do wiersza zaczerpnął z Księgi Wyjścia — z rozdziału „Przejście przez morze” — dokładnie zaś z wersetu, że „Pan, by wskazywać drogę, szedł cały czas przed nimi, w dzień jako słup obłoku, a w nocy jako słup ognia”. I tak wykorzystał ten obraz: Prowadź mnie, Światło, przez mrok bez granic, Prowadź mnie dalej! Próbuję wrócić do domu — na nic, Proszę więc dalej! Nie muszę widzieć daleko wprzód. Starczy mi skrawek ziemi u stóp.

Błogosławiony Newman! Jak niezachwianie wierzył! Jak ufał, że oświetlony chociażby skrawek ziemi prowadzi w dobrą stronę! Jak ufał w ślad za Biblią, że widoczny „słup ognia” wskazuje właściwy trop, a nie wątpliwą drogę! Ba, że jest w ogóle faktem, a nie fantasmagorią! Gdyby nie wierzył w to wszystko, nie kończyłby swego hymnu takimi oto słowami: Skoro tak długo czuwasz nade mną, Wierzę, że będziesz Dalej prowadzić mnie przez tę ciemność Zawsze i wszędzie. Aż ujrzę owe anielskie twarze, Do których tęsknię, o których marzę.

Od tamtej chwili minęło sto czterdzieści pięć lat. „Skrawek ziemi u stóp” może i widać dalej, tyle że widok ten nie jest już wiarygodny. Bo nie tworzy go dzisiaj „obiektywny” słup ognia, lecz „subiektywny” snop światła emitowany przez umysł — przez ów „cud cudów”: świadomość. A droga wyznaczana przez tego rodzaju „reflektor” prowadzi w nieznane — donikąd.